Na początku

To, że jeszcze nie raz zamarzę o Ameryce Łacińskiej było oczywiste. Pytanie kiedy i dokąd polecę. Teraz poleciałam w innym składzie niż zawsze. Poleciała ze mną ciocia. Bez wahań się nie obyło. Czy ciocia wytrzyma tyle godzin lotu i jak zniesie klimat odmienny od europejskiego. Wychodząc z założenia, że jak nie teraz to już nigdy, poleciałyśmy.

Tym razem musiało się udać. Postanowiłam spełnić swoje marzenia z czasów licealnych. Przygotowując się do ustnej matury z angielskiego byłam już myślami tam, gdzie w końcu teraz dotarłam.

Iguazú

Wodospady Iguazú, miejsce, o którym pierwszy raz usłyszałam od misjonarzy wracających z Ameryki Południowej. Kolejne opowieści o Argentynie i wspomnianych wodospadach tylko zaostrzały mój apetyt na to by kiedyś zobaczyć je na własne oczy. Potem poszukiwanie słówek w słowniku polsko-angielskim: guarani, aymara, Iguazu, Amazonka i wiele innych, których potrzebowałam by opowiedzieć po angielsku o swoich marzeniach i planach na przyszłość. Nie zapomnę też słów mojej nauczycielki „Aniu, masz piękne marzenia, ale mało realne i prawdopodobne”. W tamtych czasach podróż za ocean faktycznie brzmiała jak wyprawa na księżyc. Po dwudziestu kilku latach marzenia się spełniły.

Przygody zaczęły się już w Warszawie. Pomyliłam daty. Poinformowałam rodzinę w Buenos, że przylecimy 18tego. Zapomniałam dodać w jaki konkretny dzień. Ta różnica czasów! Tak więc gdy my szykowałyśmy się na lotnisko w Warszawie, ciocia czekała już na nas na lotnisku Ezeiza w Buenos. Bez przygód się nie da.

Spotkanie na argentyńskiej ziemi trzech sióstr ciotecznych pełne wzruszeń i opowieści bez końca. Ciocia Yuzi rozumie, a nawet próbuje mówić po polsku. Jej młodsza siostra też coraz więcej rozumie i stara się zapamiętywać coraz więcej słówek. Kolejny raz czyta książkę swojej kuzynki z Polski. Spotkania z kolejnymi krewnymi przynoszą nie mniej radości i wymiany doświadczeń.

Dzień po przylocie do Buenos byłyśmy już w drodze do Puerto Iguazu. A więc udało się. Przyznaję, że miałam obawy. Różne myśli kłębiły się w głowie. Czy na pewno nic złego się nie zdarzy. Opatrzność po raz kolejny zadbała o nasze bezpieczeństwo i wszytko poszło dobrze.

Pamiętam rozmowę z miejscowym taksówkarzem, który wiózł nas z lotniska do hotelu. Na pytanie cioci czemu tu nie ma pobocza i pieszych oznajmił „Tu nie wolno chodzić piechotą, droga którą jedziemy przebiega przez park, często można tu spotkać tygrysy i inne dzikie zwierzęta”. Przez jakiś czas nie dowierzałyśmy, ale już po chwili minęliśmy tablicę ostrzegawczą „Atención! Tigres!” i wszystko stało się jasne. 

Kolega miał nosa do wyboru hotelu. Bartku dziękuję nie tylko za bilety, ale i za wybór noclegu. Nasz hotel zbudowany był na styl z czasów konkwisty. Można się było przenieść w czasie o kilka wieków. Jeszcze tylko muzyka Ennio Moricone i można się było poczuć jak na planie filmu „Misja”. Na terenie hotelu mieści się mini muzeum, w którym można zgłębić tematykę konkwisty i wszystkie jej etapy. Są też wystawy poświęcone życiu Indian guaraní.

I w końcu dotarłyśmy do miejsca, które śniło mi się od chwili, w której o nim usłyszałam i widywałam na przeźroczach misjonarzy. Park Iguazu jest ogromny. Rozsądnie jest się tam wybrać z zasobem wody pitnej. Temperatury wysokie, wilgotność powietrza również. Użycie kremów przeciwsłonecznych i środków na komary obowiązkowe. Nikt tego nie sprawdza przed wejściem, ale beztroska może być bolesna w skutkach. Komary nie tylko gryzą, ale przede wszystkim roznoszą malarię i dengę. Nakrycie głowy i okulary słoneczne oraz wygodne buty i odzież to także niezbędne rzeczy w tym miejscu. Warto zainwestować lub przygotować foliową, ale przezroczystą osłonę sprzętu elektronicznego. Przed wejściem ostrzeżenie mniej więcej takiej treści „Turysto wchodzisz na własną odpowiedzialność na teren występowania dzikich zwierząt, zachowaj ostrożność”.  Po parku można spacerować. My skorzystałyśmy z lokalnego środka lokomocji – turystycznego pociągu po parku.

Za radą znajomego misjonarza zaczęłyśmy zwiedzanie od największego z wodospadów „Garganta del Diablo”. Szumi, huczy, chlapie mocząc wszystko i wszystkich wokół, ale wrażenie niesamowite. Zachwyca swym majestatem. Nie tylko ze względu na powiew wiatru wychodzi się stamtąd z zapartym tchem. Byłam pod tak wielkim wrażeniem jak wtedy kiedy po raz pierwszy ujrzałam slajdy misjonarzy, ale teraz mogłam zachwycać się i chłonąć ich wspaniałość wręcz namacalnie. Po parku można chodzić długo. Zobaczyłyśmy jeszcze „Dos hermanas” i wodospad „San Martin”. Niesamowite wrażenie. Stwórca musiał się napracować przy tych cudeńkach.

W ślad za grupą turystów podziwiałyśmy małpy, krokodyla, mrówkojady i wszelkie dzikie stworzenia jakie było nam dane spotkać w Iguazu. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Można by je robić bez końca.

Wodospady można zobaczyć też od strony brazylijskiej. Wiąże się to z wyższą opłatą, ale u taksówkarzy można uiścić wszelką należność i nie martwić się o resztę. Do wodospadów jeżdżą też busy turystyczne. My wybrałyśmy opcję taxi. Oczywiście należy zabrać ze sobą paszport by móc obejrzeć wodospady po ich brazylijskiej stronie.

W naszym hotelu serwowano obfite śniadania, a na stole różności i same pyszności oraz specjały lokalne. Nigdy wcześniej nie jadłam jajecznicy z ananasem. Wszechobecne były alfajores, mate, ale najbardziej zachwyciła nas ryba pacu, przysmak tamtejszych wód. Pycha!(tego słowa nie należy głośno mówić w Argentynie, choć w języku polskim jest oznaką zachwytu w Argentynie nie brzmi najlepiej :-))

Boliwia, nowe przygody

Zmęczone podróżą i zachwycone widokami natury wróciłyśmy po dwóch dniach do Buenos. Następnego dnia poleciałam już do Santa Cruz de la Sierra w Boliwii. Podczas mojej czterodniowej nieobecności polska ciocia w towarzystwie argentyńskich krewnych zwiedzała stolicę.

Tym czasem w Boliwii czekały na mnie już kolejne niespodzianki losu. Po Boliwii nie odważyłabym się podróżować sama. Przyleciałam dokładnie w rocznicę zamordowania Heleny Kmieć, polskiej misjonarki świeckiej. Pracowała jako wolontariuszka w Cochabambie. Ze względów bezpieczeństwa podróżował ze mną polski znajomy z Opola, który na stałe przebywa i pracuje w Boliwii.

Zachwyt naturą i spotkaniem z krewnymi sprawił, że zupełnie zapomniałam o sprawdzaniu poczty elektronicznej. Z resztą wszystko było gotowe, bilety wydrukowane, walizki spakowane. Cóż mogłoby się stać? Jakież było nasze zdziwienie na lotnisku w Santa Cruz kiedy oświadczono nam, że dnia poprzedniego anulowano nam lot do Uyuni. Zdając walizki pani z obsługi oznajmiła, że z powodu braku pasażerów odwołano lot wieczorny do Uyuni. Na odwołany lot zgłosiło się  bowiem tylko dwóch pasażerów z Polski mój kolega i ja. Było wesoło. Żarty się skończyły i należało podjąć decyzję co robić. Linie zaoferowały nam zwrot gotówki lub lot do La Paz, transport do hotelu, nocleg i posiłki oraz lot do Uyuni następnego dnia rano ze stolicy. Wybraliśmy drugą opcję. W ten sposób na koszt Amazonas zwiedziłam La Paz, którego nie było w planie mojej wyprawy. Takie niespodzianki to ja lubię.

Szybka kolacja, jeszcze szybszy odpoczynek, z samego rana pobudka, śniadanie, coca natural na obniżenie ciśnienia i lecimy dalej.

Solna pustynia

Salar de Uyuni znałam wyłącznie z podręczników do hiszpańskiego. Potem jeden ze znajomych misjonarzy opowiadał mi o tym i tyle. Cudowne miejsce. Lot do Boliwii jeszcze w Polsce stał pod dużym znakiem zapytania. W październiku wiedziałam, że lecę do Argentyny. Były bilety do Buenos. W Boliwii natomiast trwały zamieszki związane z obaleniem Evo Moralesa. W ostatniej chwili zapadła decyzja. Początkowo tylko Santa Cruz i spotkanie u Przemka. Dopiero potem zrodziła się myśl, że może by tak jeszcze przyjrzeć się Salarowi w Uyuni… I proszę, jest. Dotarcie na salar też nie było takie oczywiste. Z racji na anulowany lot dotarliśmy dzień później. Opóźniony lot z La Paz sprawił, że dotarliśmy na tzw. ostatnią chwilę by wycieczka na salar była możliwa. Ale udało się i cieszę się jak dziecko. Nie żałuję ani złotówki, centa czy boliwiana. Warto było. Miejsce niesamowite. Wszędzie biało i niebiesko, i sól. Wszędzie sól. Salar de Uyuni to największa na świecie solna pustynia. Nie należy tam przebywać po zachodzie słońca, wyjeżdżać należy wcześnie. Doradza się zabrać krem chroniący od słońca o mocy 90 lub nawet powyżej 100. Tak, ja też nie miałam pojęcia o ich istnieniu 🙂 

Wysokość górska i odbijanie się słońca sprawia, że operowanie promieni od razu widać na skórze białego człowieka. Zachwyt salarem nie był mniejszy niż Iguazu. Mimo, że celem tej wyprawy było Iguazu, a Uyuni jedynie przy okazji, to mam problem z odpowiedzią na pytanie co mnie bardziej urzekło…. Iguazu to młodzieńcze marzenie, ale Salar de Uyuni… Dwa cuda jakie Stwórca podarował mi tego roku. Na salarze tysiące zdjęć, tu też je można robić bez końca. Myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócę. Do Iguazu też. W Uyuni poszliśmy spróbować miejscowych specjałów. Po raz pierwszy w życiu jadłam lamę, może nawet jedną z tych, którą mijaliśmy jeszcze parę godzin wcześniej na drodze. Jak smakuje? Po prostu jak mięso. Ciężko określić do czego można je porównać. Przyprawione dobrze, ale chyba wolę wołowinę.

Droga powrotna do Santa Cruz również bogata w atrakcje. Leciał z nami kandydat na prezydenta Boliwii. Po obaleniu Moralesa ogłoszono wybory prezydenckie. Na lotnisku w Santa Cruz owacyjne przywitanie, orkiestra, kolorowe balony…        

W Santa Cruz niezbędne zakupy. Szopki boliwijskie do muzeum w Irkucku, poncza, kapelusze. Wszystko kupiła znajoma mojego kolegi w Cochabambie by uniknąć cen nie mniej wysokich niż same Andy. Na koniec jeszcze kolacja na pożegnanie Boliwii w miejscu z tańcami, muzyką i pełnią folkloru lokalnego. Coś wspaniałego.

Buenos, ach Buenos

Msza w sobotę, ale już z niedzieli i powrót do Buenos. Niewyspana, zmęczona fizycznie, ale przeszczęśliwa wróciłam do Argentyny i od razu wpadłam w ręce sióstr – cioć. Zdjęcia, rozmowy, tłumaczenia i niekończące się opowieści. Spotkałyśmy się też z Noli, Argentynką o polskich korzeniach, która pomogła mi znaleźć dalekich krewnych zza oceanu. Nie mogło się też obyć bez zakupów na znanej dzielnicy La Boca.

Następnego dnia płynęłyśmy z polską ciocią już do Colonia del Sacramento. Urugwaj przywitał nas piękną pogodą, lekkim wiatrem, co uprzyjemniało nam zwiedzanie tego uroczego miasteczka. Zdążyłyśmy zrobić zakupy, zasmakowałyśmy też lokalnej kuchni. Potem nowe doświadczenie. Ciocia przewróciła się idąc chodnikiem. Mogłam zobaczyć jak funkcjonuje urugwajska służba zdrowia. Odwiedziłyśmy miejscowy szpital, aby upewnić się, że upadek nie spowodował poważnych obrażeń no i żeby mieć dokument na potrzeby ewentualnego odszkodowania.

Przygoda goniła następną, ale to właśnie w podróżowaniu jest najpiękniejsze. Najważniejsze by każda z nich dobrze się kończyła. U nas tak było i tym razem.

Piękny czas i kolejne kraje „zaliczone”. Nowe doświadczenia i wspomnienia. Kolejne poznane osoby. Nowe znajomości i przyjaźnie. Z taksówkarzem Sergio z Buenos witałyśmy się już prawie jak z rodziną, woził nas na lotniska i z nich przywoził.

Wiadomo o czym myślę… Kiedy i gdzie następnym razem… Może Peru, Titicaca, Machu Picchu, Kolumbia? Marzenia nic nie kosztują, a w dodatku często się spełniają…


Jeżeli chcesz podzielić się z nami swoją podróżą do Hiszpanii lub Ameryki Łacińskiej napisz do: kontakt@fiestasiesta.pl