Trasa: Vega de Valcarce – Triacastela (34 km)

W 22 dniu wędrówki przekroczyliśmy ostatnią już granicę i weszliśmy do regionu Galicji. Cieszyłam się bardzo, bo do tej pory nigdy tu nie byłam. Zawsze specjalnie omijałam Galicję łukiem. Po pierwsze, przez pogodę. Po drugie, wiedziałam że ten pierwszy raz musi być na Camino. Po prostu tak mi coś mówiło i tak musiałam zrobić. Wiecie jakie to było uczucie kiedy zobaczyłam ten znak? Wiem, jestem dziwna 😀

Mieliśmy dużo szczęścia, bo na cały tydzień jaki w sumie spędziliśmy w Galicji to nie padało ani razu. Raz w górach była tylko mżawka, ale nie przeszkadzała nam w maszerowaniu. Więc mit z pogodą na Camino w Galicji uważam za obalony 😀

Sama droga do Galicji jak i już po jej stronie była przepiękna. Uwielbiam górzyste tereny i piękne rozprzestrzeniające się widoki z góry. Martwiłam się jedynie o strome lub bardziej wymagające podejścia, jednak takowych nie było. Choć czasem pod górkę trzeba było podejść 😉

Po drodze minęliśmy piękne miasteczko Cebreiro, które było całe z kamienia. Klimat istnie średniowieczny, jednak masa turystów zabijała trochę ducha miasta. Zrobiliśmy sobie mały przystanek na jedzonko i ruszyliśmy dalej.

Jak to bywało od początku Camino popołudniami szliśmy prawie sami. Zdecydowana większość pielgrzymów rozlokowała się już w alberguach, a my kontynuowaliśmy drogę. Przyznam szczerze, że to była bardzo emocjonująca i pełna wrażeń droga. Na tyle, że musiałam parę razy wskakiwać na płot lub górkę ze strachu 🙂 Teraz się z tego śmieję, jednak wcześniej nie było mi do śmiechu. Co parę kilometrów spotykaliśmy takich oto towarzyszy:

Piękne, nieprawdaż? To było niesamowite, jak szliśmy sobie spokojnie dróżką między lasem, a jakimś polem, a tu nagle w naszym kierunku idzie stado bydła. Nie było widać człowieka, który by nad nimi panował, a zwierzaki szły sobie majestatycznie w naszą stronę. Nie ma miejsca gdzie się schować, minąć się z nimi to też tak na styk, więc powoli zaczynam odczuwać panikę. A co jak nas zadepczą, albo się czymś zdenerwują i wezmą nas na rogi? Więc hop na płot. Nie wiedziałam, że tak potrafię skakać z dużym plecakiem 😀

Jak się okazało, zawsze z tyłu ktoś za nimi szedł i je popędzał. Ponoć nie atakują ludzi, ani “nie zaczepiają”, jednak we mnie budziły taki lęk i respekt, że wolałam poczekać te pół godzinki aż wszystkie przejdą. Raz udało mi się zgadać do właściciela i szliśmy z nim kawałek gawędząc o hodowli bydła, dzięki temu dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy.

Jednak moc emocji jeszcze przed nami. O zmroku doszliśmy do Triacasteli i zaczęliśmy szukać noclegu. Zauważyłam, że albergue municipal ma dookoła duże pole więc spytałam się czy możemy rozbić namiot po zachodzie słońca. Pani wskazała nam miejsce, jednak nie bezpośrednio przy samym albergue, ale przy drugim budynku obok. Trochę mnie to zdziwiło, ale stwierdziłam, że może to budynek od miasta, albo nikt tam nie mieszka. W sumie nie wiele mnie interesował ten budynek, skoro powiedziano nam, że tu możemy spokojnie przenocować, to ślepo zaufałam kobiecie. I tu był błąd…

Równo z zachodem rozbiliśmy namiot i od razu poszliśmy spać. Jednak o 3 nad ranem obudziły nas jakieś wrzaski i krzyki, z których poza przekleństwami nie wiele rozumiałam. Po tonie jak i po “przecinakach” zrozumieliśmy, że coś się dzieje nie miłego i to jeszcze blisko nas. Nie wiedząc co robić, zdecydowaliśmy się wyjść z namiotu (oczywiście mając w ręku “broń” do ewentualnej samoobrony) i się rozejrzeć. Hałas na chwilę ustał i w okół nie było widać praktycznie nic, ale w domu świeciły się światła. Intuicyjnie czuliśmy, że coś się kroi, ale jeszcze nie wiedzieliśmy co. Przeszliśmy się po polanie, jednak nie widząc i słysząc niczego wróciliśmy do namiotu z zamiarem spakowania go i wyruszenia na drogę. Adrenalinka dobrze nas obudziła 😉

Wracając do namiotu nagle ktoś wymierzył w nas wielką strugą światła i zaczął krzyczeć. Jak ja dziękowałam, że potrafię hiszpański i wiem co do mnie mówił! Przez pierwsze 10 minut przesłuchiwał nas co my tu robimy, czyj to namiot, skąd jesteśmy i tym podobne. Byłam bardzo zdenerwowana, bo cały czas mierzył w nas ostrym światłem i tym samym oślepiając, a do tego nie wiedziałam kto to był. Jak próbowałam się dowiedzieć, to wtedy pokazał nam strzelbę! Nie miałam ochoty dowiedzieć się czy to atrapa oraz czy była naładowana, więc grzecznie odpowiadałam i udało mi się w miarę uspokoić. Choć to dużo powiedziane. Summa summarum okazało się, że był to właściciel tego domku obok i nie podobało mu się, że ktoś się rozbił na jego polanie. Wyobrażacie sobie jak bardzo miałam ochotę spotkać jeszcze raz tę kobietę co nam wskazała to miejsce?

Po kilkunastominutowej rozmowie i uspokojeniu właściciela, że nie mamy złych zamiarów i że zaraz się zbierzemy mogliśmy zobaczyć jego twarz. Do dzisiaj ją pamiętam. Długie, tłuste włosy, powykrzywiane zęby oraz wychudzone ciało. Nie chcę nikogo ocenić, ale po rozmowie jak i po jego wyglądzie miałam wrażenie, że nie do końca był zdrowy psychicznie. Rozważałam jeszcze opcję, że był pod wpływem narkotyków. Ale kto to wie…

Kiedy każdy poszedł w swoją stronę, usiedliśmy w namiocie i zeszły z nas całe emocje. Chociaż niepokój został i nie mieliśmy ochoty zostawać w tamtym miejscu, pomimo zapewnień, że możemy zostać do rana i spokojnie spać. Poczekaliśmy parę minut aż zgasną światła w domu i powoli ewakuowaliśmy się na środek ulicy. Najpierw wyniosłam najważniejsze rzeczy, na wszelki wypadek jakby wrócił i chcielibyśmy dać w nogę, a potem poszliśmy po namiot. W ten sposób byliśmy w małej wiosce o 3:30 nad ranem – niewyspani. Adrenalina powoli zeszła, więc czuliśmy się też wyczerpani. Nie wspomnę o humorze 😉 Dokimaliśmy resztę czasu pod chmurką przy jakimś placu, gdzie okazało się, że śpi też inna grupka pielgrzymów. W kupie raźniej jak to mówią.

Cóż to był za dzień!