Trasa: Santa Catalina de Somoza – El Acebo de San Miguel (30 km)

Mieliśmy wieczorem rację i miejsce na nocleg wybraliśmy idealny. Byliśmy na tyle schowani, że raczej nikt by nas z drogi nie dojrzał, a do tego ulokowaliśmy się bardzo blisko area de descanso. Nie wspomnę o pięknym widoku i spokoju. Spało nam się cudownie tej nocy i mogliśmy nabrać sił na kolejny dzień. A sił trzeba było nabrać, bo powoli zaczynaliśmy zbliżać się ku Galicji i górzystych terenów.

Naszym dzisiejszym celem był Cruz de Ferro, czyli szczególne miejsce dla pielgrzymów. I nie tylko dlatego, że jest to najwyższy punkt na drodze francuskiej 😉 Przyznam szczerze, że od początku jak dowiedziałam się o tym Cruz de Ferro narobiłam sobie na niego “smaczka”, a na samym miejscu poczułam jakby rozczarowanie. Żadna magiczna energia we mnie nie uderzyła, nie poczułam się też jakoś wybitnie, że tam jestem i w ogóle o mało bym go nie ominęła, bo liczyłam na większe wow. Myślę, że to dlatego, że moje Cruz de Ferro było wcześniej, jedno takie małe w Burgos, a drugie w León.

Tradycja mówi, że na Cruz de Ferro powinno zostawić się kamyk, który niesie się ze sobą od początku drogi, czyli z Polski. Ma on symbolizować nasze trudy, ale też wewnętrzne rozterki, które mamy zostawić na tym wzgórzu. Możecie się ze mnie śmiać, ale ja z Polski wzięłam 4 kamyczki 🙂 I gdzie poczułam energię tam jeden zostawiałam, ale w tym miejscu nie zostawiłam ani jednego. Zwyczajnie nie czułam takiej potrzeby. Z perspektywy czasu widzę jeszcze mocniej jak podziałało na mnie Camino.

Po dłuższym odpoczynku na area de descanso, które było na wzgórzu, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do małego, urzekającego miasteczka Foncebadón, gdzie wybraliśmy się do poleconej knajpki La Taberna de Gaia. Cała restauracja imitowała czasy średniowieczne, co idealnie wpasowywało się w klimat miasteczka. Wraz z Tomkiem czuliśmy się jakbyśmy grali w jakimś filmie jako statyści, tylko że zapomnieli dać nam kostiumy. Jedynym minusem było to, że nie można było płacić kartą – co logiczne w średniowieczu – a my mieliśmy ze sobą tylko parę euro, bo zapomnieliśmy wyciągnąć pieniążki. W większości miejsc płaciliśmy kartą i do tej pory nie poczuliśmy potrzeby aby mieć większą gotówkę przy sobie. Tak więc Tomek zamówił sobie burgera, a ja zupkę i to nam musiało starczyć. Zresztą zobaczcie jakich rozmiarów był ten obiad 🙂

Szukając potencjalnego miejsca na nocleg, zauważyłam na mapie zaznaczone schronisko górskie, które dosłownie się mija na Camino. Pomyśleliśmy, że bedzie to dobre i bezpieczne miejsce w górach, więc spróbujemy tam u nich rozbić namiot. Jak doszliśmy na miejsce, to wyglądało to jakby (z całym szacunkiem) pan Stasiu wraz ze szwagrem postawili ze dwie lepianki, trochę zadaszenia przed i już. Nie było toalety, o prysznicach nie wspominając. Choć na zdjęciach wyglądało to super, to na miejscu bałam się koło tego stać, a co dopiero spać 🙂 Byliśmy więc zmuszeni pójść dalej, dzięki czemu w sumie dobiliśmy tych 30 kilometrów.

Około dwie, trzy godzinki przed zachodem doszliśmy do El Acebo de San Miguel, małej klimatycznej wioski. Stwierdziliśmy, że musimy gdzieś tutaj znaleźć nocleg więc zaczęliśmy pytać. Okazało się, że blisko parafii był plac zabaw dla dzieci, a dookoła taka ogrodzona mała łączka. Dostaliśmy wskazówki aby po zachodzie słońca tam rozbić swój namiot i tak też zrobiliśmy. Co więcej, miłe małżeństwo, które prowadzi tam albergue parafialne udostępniło nam łazienkę, abyśmy mogli się odświeżyć. Szkoda, że nie dotarliśmy tam troszkę wcześniej, bo być może udałoby nam się załapać na kolację i wspólnie z nimi posiedzieć i pogawędzić.

Miejsce na nocleg mieliśmy super, choć troszkę obawialiśmy się, że może za blisko innej zabudowy. Nikt nam jednak problemów nie robił. Jedynie dziki parę razy przeszły przez naszą łączkę, ale na szczęście nie były nami tak zainteresowane jak my nimi 😉