Trasa: Carrión de lon Condes – San Nicolás del Real Camino (32km)

Zeszłej nocy byłam tak zmęczona, że jak położyłam się spać około godziny 22:00 to nie przeszkadzali mi nawet imprezowi pielgrzymi, który spędzali czas koło naszego namiotu na tarasie. Spałam jak nigdy! A rano byłam zdziwiona jak do nas podchodzili i nas przepraszali, bo nie wiedziałam o co chodzi 🙂 Prawda jest też taka, że nie mam problemu ze snem jeżeli w tle są jakieś hałasy. Spokojnie mogłabym przespać np. Sylwestra 😉

Pomimo tego, że wstaliśmy o 5 rano, to na trasę wyruszyliśmy godzinkę później. Pomalutku spakowaliśmy nasze manatki oraz zjedliśmy pożywne śniadanie, które miało nam dać siłę na kolejne kilkanaście kilometrów.

Od samego początku szło nam się bardzo przyjemnie i jak na nas mieliśmy bardzo dobry czas i tempo. Chyba wszyscy pielgrzymi chcieli przejść ten żmudny kilkunastokilometrowy odcinek na raz, więc szliśmy w jednej wielkiej kupie mobilizując się wzajemnie. Kiedy doszliśmy do pierwszego miasteczka naszła nas wielka ochota na patatas bravas, czyli takie przysmażane ziemniaczki z ostrym sosem. Mój mąż się w nich zakochał na poprzedniej wyprawie i gdzie tylko nie byliśmy, szukaliśmy właśnie tego tapas.

Ta mała przerwa trochę nas rozleniwiła, bo w knajpie spędziliśmy grubo ponad godzinę. Jedząc, pijąc i gawędząc z innymi. Po tym przystanku zmieniliśmy tempo i wróciliśmy do naszego spacerkowego 😉

Popołudniu zrobiliśmy sobie małą siestę na trawniku. W sumie to przymknęliśmy oko na jakieś półtorej godzinki. Zregenerowani stwierdziliśmy, że jak nic dzisiaj trzeba zrobić 30 kilometrów. Z wielkim optymizmem doszliśmy do San Nicolas de Real Camino, gdzie mijaliśmy dość przystępne Area de Descanso. Jako, że powoli zbliżał się już zachód słońca stwierdziliśmy, że nie będziemy kusić losu na lepszą miejscówkę i rozbiliśmy namiot.

Wcześniej jednak zaszliśmy do knajpki zjeść coś na kolację. Standardowo zamówiliśmy menu peregrino, a ja wdałam się w pogawędkę z kelnerem, który okazał się też właścicielem lokalu. Nie dość, że samo jedzenie było wyśmienite to do tego co chwila donosił nam różne ichniejsze trunki na spróbowanie. Twierdził, że nas nie puści, dopóki oczywiście nie spróbujemy różnych specjałów z „jego ziemii”. Wszystko to było od serca i chciał pokazać w ten sposób swoją gościnność. Nie oczekiwał od nas niczego w zamian. Czuliśmy się dość głupio, bo obok siedzieli Azjaci i zamówili dosłownie to samo co my, a nie dostali nawet połowy tego co my mieliśmy na stoliczku. Nawet jak przyszło do deseru, to my dostaliśmy wypasione lody na talerzyku (i do polania whisky), a oni zwykły rożek. Warto jednak mówić po hiszpańsku 😉