Trasa: Atapuerca – Burgos (28 km)

Noc była zimna i wietrzna co bardzo zmobilizowało nas bay wstać o 5 rano i szybciutko wyruszyć w trasę. Dodatkowym bodźcem mobilizacyjnym było Burgos, moje ukochane miasto, w którym jestem zakochana. Jakbym miała już mieszkać w Hiszpanii to Burgos byłoby na pierwszym miejscu jeżeli chodzi o wybór lokalizacji. Ale spokojnie, póki co zostaję w Polsce 😉

W Burgos mieliśmy zarezerwowany hotel przez booking.com, dlatego chcieliśmy jak najszybciej dojść do miasta i już tylko wypoczywać. Z samego rana spotkaliśmy naszych zaprzyjaźnionych pielgrzymów, więc od samego początku szło nam się dużo raźniej. Chociaż przyznam szczerze, że wygodniej mi się chodzi samej. Nikt nie narzuca mi tempa, odpoczywam kiedy tylko mam na to ochotę, bardziej „delektuję się” wtedy Drogą.

Niestety przez te tempo i praktycznie brak odpoczynków zaczęły boleć mnie stopy, a dokładnie podbicie. Dlatego w pewnym momencie wraz z Tomkiem zostaliśmy w tyle, a nasi przyjaciele poszli dalej. Droga przed samym Burgos bardzo mi się dłużyła i to nie przez brak towarzystwa, ale przez ból i industrialne tereny. Niestety wybraliśmy drogę krótszą, ale jednak dużo mniej atrakcyjną. Przez kilometry byliśmy zmuszeni iść chodnikiem pomiędzy magazynami, halami produkcyjnymi i innymi przedsiębiorstwami. No i ten chodnik wręcz potęgował mój ból w stopie…

Do samego centrum Burgos doszliśmy w miarę wcześnie, bo już o 11:00. Jednak zanim doszliśmy do naszego hotelu trochę minęło, bo mijaliśmy McDonalda, więc mój mąż koniecznie musiał przypomnieć sobie dobrze mu znane smaki 😉 A zaraz potem był typowy hiszpański bar z reklamą churros. No i jak tam można było nie wejść? Dlatego w samym hotelu byliśmy dopiero koło 13:00.

Po zameldowaniu się, szybkich zakupach w El Día i ogólnym ogarnięciu wyruszyliśmy na spacer po mieście. Nie wiem co te miasto ma w sobie takiego magicznego, ale mam wrażenie jakbym tam przynależała, jakby wołało do mnie: hey Ola, to ja, Twój dom.

Po spacerze spotkaliśmy się w parku z naszymi polskimi pielgrzymami i wspólnie spędziliśmy miły wieczór. Często się mówi o nas Polakach, że jesteśmy zamkniętym narodem i mało socjalizujemy się z innymi nacjami. Wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę po tych różnych wieczorach z innymi pielgrzymami z całego świata jednak najlepiej dogadywałam się z Polakami. Nie była to kwestia bariery językowej (której swoją drogą nie mam :P), ale o samą przyjemność spędzenia takiego wieczoru. Jasne, super jest pogadać z kimś z Filipin, z Chile czy z USA, ale nigdy nie czułam z nimi takiej bliskości i wspólnego zrozumienia. Nie wiem od czego to zależy…